piątek, 5 listopada 2010

KIERUNEK - KRAKÓW

Wagon przyśpieszonej osobówki

Przypominał  na  wylocie z Wro

Człowieka przed orgazmem:

Pocąc się i sapiąc  na wszystko  

Co w nim zgromadzone


Po komendzie ODJAZD

Stalowy cwaniak

Zaczął jednak

Opadać z sił-

Gubiąc miarowość swojego tempa 

Bliżej niezrozumiałym hamowaniem w krzakach 


I wystawiony na próbę  

Optymizm pasażera 

Przemienił całą magię drogi 

W ranne ptactwo


Na peronie w Krakau 

Nie byłem już w stanie zamachać maszyniście


MOC DOBRYCH POŁĄCZEŃ

Bywa

Że sercem jestem jak woda na Saharze

A Ty 

Podobna do ognia w śniegach Grenlandii...


Bywa

Że myślę jak lotnik oderwany od zasad przyziemnych

A Ty reagujesz jak saper wciągnięty odrobiną luzu na minę...


Bywa

Że  myślimy zupełnie inaczej

I wtedy jest "przepychanka na słowa"

Ale to nie oznacza

Że nie możemy być JEDNOŚCIĄ


Bo nasze p o z n a n i e mieszka na tarasie 

Z widokiem na Koniec Świata

W którego przestrzeni wszystko się zaczyna od nowa

Ale nic nie umiera!

SIÓDMA RANO

   

"Dźwięk nigdy nie umiera" Susan Philipsz


Ruda suka ma cztery nogi

Problem ze stawami

I łyka propalin w syropie

Żeby nie sikać pod siebie


Mówię jej: Do zo za sześć godzin!

Dopijam zieloną herbatę w kubku z różowym kwiatkiem 

Przecieram oczy wodą z butelki 

I pędzę na spotkanie z tramwajem 


Po trzynastej wykopię szkielet psa

W ramach  archeologii ratunkowej

I zjem w autobusie powrotnym sernik


Ręce będę miał szczęśliwe

Choć brudne.


ŚWIT TRUDNY JAK SZPITAL

Mięso drobiowe dla psów

O kształcie serca

I imieniu Dante

Wala się po podłodze kuchni

Jak odrzucone zaloty nie jednego młodzieńca


Stół jest brudny

Jak przestrzeń po bitwie na noże

I koleżeńskie: 

Spierdalajcie! 

Jestem uparty i taki umrę...

DROGA PRZEZ NOC

Podatna na bezsenność głowa 

Produkuje myśli różne jak człowiek

I myśli o wszystkim


I to na różne sposoby

Bo  absorbuje ją wiele

Jeśli nie wszystko


Nawet fakt taki 

Ze  dopiero co wymieniona bateria 

Nie daje mocy telefonicznej aparaturze

Jak ta pierwotna


Może ma słabszy dzień

A raczej kiepską dobę

A nie jakiś nieuleczalny feler

Nie wiem


Kiedy przestaję wnikać w sens

Tego co mnie dotyka

Nadchodzi depesza:

NIE SPACERUJ JUŻ TYLE, BO ZIMNO! 

PO GODZINIE ZERO

Idę w przód

Krokiem zdecydowanym

Chociaż spowolniałym

Bo zmęczonym czynnościami dnia

Jak jeż niesionym ogryzkiem


Pokorą odporną na przeróżne wstrząsy 

Pcham ciało swoje w stronę

Udomowionego wagonu

Nic więcej


Nie ma we mnie

Żadnej polityki

I poetyckich uniesień

Jest tylko chęć dotarcia do domu


W lewej kieszeni kurtki

Ciemnej jak niejeden ludzki charakter

Drzemie biały telefon

Którego żołądek nakarmiony jest

Kodem za piątkę

I nowym numerem do zapamiętania


Mijam znaki

Pasy dla pieszych

I kocem nocy przyduszone miasto


Ale w  krokach jakie tworzę 

Nie interesują mnie 

Żadne dyktanda semaforów ruchu

Zawieszonych nade mną

Jak bombki na choince

Końcem grudnia


Losy innych

Trafionych bezsenności łokciem

Także nie


Po prostu wracam do łóżka


Z prawej strony Kościuszki

Przy kierunkowskazie  na Warszawę

Bezwartościowym kamieniem

Zabawia się bułgarska prostytutka


Pozostałą część dzielnicy 

Łącznie z  bloczkiem  betonu

Po lewej stronie mijanego krajobrazu 

Swoją niewidzialną szczęką 

Miętosi potwór nocy


W cieniach sztucznych słońc 

W sen zapadło również 

Przeróżne złodziejstwo

A nawet bezrobotne dresiarstwo 


Przestały skomleć 

Rozpędzone karetki 

Policjanci neutralnie ziewają na bezdomnych

A ci ostatni boją się o tej porze 

Tylko trzeźwości umysłów swoich


Na Wróblewskiego

Chłodny nóż powietrza 

W nozdrzach bezbronnych

Jak niemowlę po wykluciu

Przyśpiesza we mnie bicie biologicznej pompy

Dup dup

Dup dup


Aż chcę się człowiekowi biec

I hibernować ciało w  jamie śpiwora