piątek, 5 listopada 2010

ŚWIT TRUDNY JAK SZPITAL

Mięso drobiowe dla psów

O kształcie serca

I imieniu Dante

Wala się po podłodze kuchni

Jak odrzucone zaloty nie jednego młodzieńca


Stół jest brudny

Jak przestrzeń po bitwie na noże

I koleżeńskie: 

Spierdalajcie! 

Jestem uparty i taki umrę...

DROGA PRZEZ NOC

Podatna na bezsenność głowa 

Produkuje myśli różne jak człowiek

I myśli o wszystkim


I to na różne sposoby

Bo  absorbuje ją wiele

Jeśli nie wszystko


Nawet fakt taki 

Ze  dopiero co wymieniona bateria 

Nie daje mocy telefonicznej aparaturze

Jak ta pierwotna


Może ma słabszy dzień

A raczej kiepską dobę

A nie jakiś nieuleczalny feler

Nie wiem


Kiedy przestaję wnikać w sens

Tego co mnie dotyka

Nadchodzi depesza:

NIE SPACERUJ JUŻ TYLE, BO ZIMNO! 

PO GODZINIE ZERO

Idę w przód

Krokiem zdecydowanym

Chociaż spowolniałym

Bo zmęczonym czynnościami dnia

Jak jeż niesionym ogryzkiem


Pokorą odporną na przeróżne wstrząsy 

Pcham ciało swoje w stronę

Udomowionego wagonu

Nic więcej


Nie ma we mnie

Żadnej polityki

I poetyckich uniesień

Jest tylko chęć dotarcia do domu


W lewej kieszeni kurtki

Ciemnej jak niejeden ludzki charakter

Drzemie biały telefon

Którego żołądek nakarmiony jest

Kodem za piątkę

I nowym numerem do zapamiętania


Mijam znaki

Pasy dla pieszych

I kocem nocy przyduszone miasto


Ale w  krokach jakie tworzę 

Nie interesują mnie 

Żadne dyktanda semaforów ruchu

Zawieszonych nade mną

Jak bombki na choince

Końcem grudnia


Losy innych

Trafionych bezsenności łokciem

Także nie


Po prostu wracam do łóżka


Z prawej strony Kościuszki

Przy kierunkowskazie  na Warszawę

Bezwartościowym kamieniem

Zabawia się bułgarska prostytutka


Pozostałą część dzielnicy 

Łącznie z  bloczkiem  betonu

Po lewej stronie mijanego krajobrazu 

Swoją niewidzialną szczęką 

Miętosi potwór nocy


W cieniach sztucznych słońc 

W sen zapadło również 

Przeróżne złodziejstwo

A nawet bezrobotne dresiarstwo 


Przestały skomleć 

Rozpędzone karetki 

Policjanci neutralnie ziewają na bezdomnych

A ci ostatni boją się o tej porze 

Tylko trzeźwości umysłów swoich


Na Wróblewskiego

Chłodny nóż powietrza 

W nozdrzach bezbronnych

Jak niemowlę po wykluciu

Przyśpiesza we mnie bicie biologicznej pompy

Dup dup

Dup dup


Aż chcę się człowiekowi biec

I hibernować ciało w  jamie śpiwora 




środa, 29 września 2010

WIOSNA TO MY?

Czekam na dzień
W którym
Raz jeszcze dane nam będzie
Nie mieć obaw
Że istniejemy dla siebie

Czekam na chwilę
W której nie będziesz potrzebować alkoholu
A ja nie będę już bał się
Milczących telefonów
I pustki w gęstwinie cudzych maili

Bo karmy nikt z nas nie ojebie
Choćbyśmy nie wiem jak się starali!

piątek, 17 września 2010

JESTEŚ W WAGONIE?

Szukałam Cię

Bo już tak trochę znam
Imię twoje
I mniej się boję...

I nie będę spuszczać z oczu
Objawienia Twojego
Jak poduszki zielonej!

IRO HAK IRO /...i nocne czuwanie z widokiem na fiordy.../